Gerwazy z Tilbury, średniowieczny pisarz i twórca encyklopedii Otia Imperialia, w swoim dziele wspomina o ludziach, którzy pod wpływem światła Księżyca zamieniają się w wilki – we Francji dostali oni przydomek gerulfos. Jednak ta nazwa nie przyjęła się tak dobrze jak określenie loup-garou, które jest znacznie częściej spotykane, i nie koniecznie dotyczy ono tylko wilkołaków, na których wpływ ma Księżyc, ale też tych ogarniętych bardziej demoniczną mocą.

Najobszerniejsze podania na temat loup-garou z Francji pochodzą z XVI i XVII wieku, kiedy to na Europę padł blady strach spowodowany działalnością rzekomych czarownic i czarowników. Serię procesów ludzi teoretycznie powiązanych o kontakty z samym diabłem i siłami nieczystymi dodatkowo rozdmuchała księga zwana Malleus maleficarum (po polsku „Młot na czarownice”). Co ciekawe, jej autorzy, Heinrich Kramer oraz (prawdopodobnie) Jacob Sprenger stanowczo w niej zaprzeczali istnieniu czegoś takiego jak „wilkołak”, co z drugiej strony kłóciło się postanowieniami soboru w Konstacji, gdzie – co prawda nie jednogłośnie, ale jednak – uznano, że przemiana człowieka w wilka jest możliwa. Gdy ówcześni demonologowie kłócili się o to, czy wilkołaki są prawdziwe czy i czy diabeł ma coś z tym wspólnego, inkwizytorzy nie czekali na rozstrzygnięcie tego sporu tylko zajęli się tym, co umieli najlepiej. A okazja nadarzyła się dość szybko.

Wilkołaki z Poligny

W 1521 roku na wschodzie Francji odbył się proces wieśniaków, Pierre’a Bourgota i Michela Verdunga (w niektórych wersjach pojawia się jeszcze nazwisko Philiberta Montota, jednak w moich źródłach nie znalazłem nic na jego temat) pochodzących z miejscowości Poligny – obydwaj zostali oskarżeni o czary. Bourgot zeznawał wówczas, że dziewiętnaście lat wcześniej na swojej drodze spotkał „czarnych jeźdźców”. Jeden z nich obiecał mu ochronę jego pastwisk przed wilkami oraz pewne ilości złota, jednak w zamian miał wyrzec się Boga i wszystkich świętych oraz złożyć hołd samemu władcy piekieł. Pierre przystał na tę propozycje, przez pierwsze lata nawet starał się wywiązywać ze swoich mrocznych obowiązków, jednak później jego entuzjazm wyraźnie osłabł – co prawda jego stada owiec były chronione, jednak nie otrzymał on innych obiecanych dóbr. Drugi oskarżony miał go ponownie zwrócić na złą drogę, jednak Bourgot dopominał się też pieniędzy, które miały być mu przekazane niedługo po pierwszym spotkaniu z czarnymi jeźdźcami. W zamian tego, otrzymał on kolejną obietnicę, tym razem o możliwości szybkiego poruszania się. I – według zeznań Pierre’a – tak też się stało.

Uniwersalna maść na wilka

Wieśniacy udali się nocą w okolice zamku Charlon, gdzie pośród drzew odbywał się rytuał złożony z tańców, a jedna ze znajdujących się tam osób trzymała w rękach zieloną świecę płonącą ciemnoniebieskim światłem. Bourgot chciał być pewny, że otrzyma obiecane pieniądze, a Verdung przyrzekł, że „zatroszczy się o ogromną ilość pieniędzy dla niego. Po tych słowach, Pierre rozebrał się i został natarty specjalną maścią, która pozwoliła mu natychmiast zmienić się w wilka, a przez to „mógł gnać z prędkością wiatru”. Jego pierwsza przemiana trwała przez dwie godziny, a powrót do stanu człowieka zapewniło mu ponowne natarcie maścią otrzymaną od czarnych jeźdźców. W tym stanie, razem z Verdungiem, dokonywali zabójstw, głównie młodych dziewczyn i dzieci, oraz aktów ludożerstwa – wszystko to na zlecenie swoich piekielnych mistrzów.

Opisy morderstw dokonanych przez Pierre’a były dość szczegółowe – głównymi sposobem na pozbawienie życia było przegryzienie szyi, ale obaj mężczyźni nie stronili od używania noży. Po tych zeznaniach, i co ciekawsze – potwierdzonych przez samego Michela Verdunga, drugiego oskarżonego – wieśniacy zostali spaleni na stosie ku wielkiej radości prowadzącego proces inkwizytora Jeana Bodina, jednym z najbardziej aktywnych demonologów tamtego okresu.

Czy historia, a właściwie, zeznania Pierre’a były prawdziwe? Jan Wier, lekarz i osoba nie do końca zgadzająca się z teoriami Bodina, uważał że zdarzenia które opisywał Bourgot faktycznie są działaniami diabła, ale tylko w zakresie umysłu – po prostu, były to zwykłe halucynacje i urojenia. Opisując przypadek z tej małej miejscowości na wschodzie Francji, w ostatnim paragrafie zaznacza, że „częstokroć obaj pzesłuchiwani na to samo pytanie odpowiadali w sposób pogmatwany i niezgodny ze sobą”.

Epilog

Ten proces jest ważny z dwóch względów – powątpiewającym dał do zrozumienia, że wilkołactwo jest „prawdziwe” i sam diabeł macza w tym palce. Ponadto, w zeznaniach Bourgot pojawia się wątek magicznej maści, która jeszcze nie raz pojawi się w relacjach innych osób oskarżonych o wilkołactwo – i to nie tylko na terenie Francji.

W kościele Dominikanów w Poligny miało powstać malowidło nawiązujące do postaci loup-garou. Oczywiście, nie przetrwało ono do naszych czasów – podejrzewa się jego kompletne zniszczenie, bądź jak sugeruje Karl Steel z bloga In The Middle, mogło ono po prostu zaginąć na przestrzeni wieków. Co więcej, miało przedstawiać wilkołaki z nożami w rękach, co zapewne miało nawiązywać do postaci Pierre’a Bourgota i Michela Verdunga.

Po wykonaniu wyroku na wieśniakach będących na usługach diabła, sprawy związane z loup-garou we Francji stanowczo ucichły.

Dopóki ponad pół wieku później mieszkańcy Franche-Comte nie otrzymali wezwań do stawienia się na nagonkę na wilkołaka…

Zdjęcie w nagłówku: fragment ilustracji „Karanie czarownic” z XV-wieczniej księgi Laienspiegel.

Spodobało się? Podaj dalej!
Zobacz podobne wpisy: